Nie sposób streścić ostatnich trzech dni, na które
składają się wrażenia z trzech zupełnie różnych miejsc. Wydaje się, że w
Delhi wpadliśmy od razu w największy kocioł. W życiu nie widzieliśmy
takiego zamieszania i rozgardiaszu! Chcieliśmy zwiedzić jak najwięcej,
ale w tutejszych warunkach wszystko trwa dłużej niż pierwotnie zakładamy
- dojazd, formalności, znalezienie miejsca, którego szukamy. Nie mniej
udało nam się rzucić okiem na Old Delhi, które stanowi jeden wielki
skansen. Można tam np. skorzystać z usług ulicznego dentysty, golibrody,
czy pucybuta - i to wszysko na jednym krawężniku! Zdarza się też
potknąć o krowę, kozę, świnię, czy osła, które mieszkają wprost na
ulicy. O szaleńczym tańcu riksz już nie wspominając. Pełna egzotyka!
Parę przyjemnych godzin spędziliśmy na terenie tzw. Czerwonego Fortu,
który obecnie stanowi muzeum i jedną z głównych atrakcji turystycznych.
Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Jaipur - stolica
Radżastanu, prowincji, która leży już na terenie półpustynnym. Wraz z
przyrodą, zupełnie zmienił się klimat miasta. Zabudowa tzw. Czerwonego
Miasta - historycznej części Jaipuru przenosi nas w świat Baśni Tysiąca i
Jednej Nocy. Wszystko za sprawą koncepcji Jai Singha II, który zbudował
miasto u schyłku panowania Mongołów. Warty zobaczenia okazał się przede
wszystkim Pałac Wiatrów z niezliczoną liczbą okien, zza których damy
dworu mogły podpatrywać uliczne życie i pozostać niezauwazone. Duże
wrażenie robi też pochodzące z XVII w. obserwatorium astronomiczne pełne
tajemniczych przyrządów m.in.
do wyznaczania czasu i położenia ciał niebieskich. Jaipur podobał nam
się jednak przede wszystkim ze względu na tak odmienną od Delhi
regularną zabudowę. Godzinami kluczylismy po wąskich uliczkach, na
których co krok znaleźć można świątynie rozmaitych wyznań, no i
oczywiscie niekonczace się sklepiki pełne egzotycznych towarów.
Najbardziej podobał nam się wystrój niektórych z nich, bo z pewnością
pamiętał jeszcze czasy kolonialne. Poza tym w Jaipurze było już ciepło i
slonecznie, ludzie mili, a nasz hostel bardzo przyjemny. Wieczorami za
niewielkie pieniądze można było zjeść kolację w restauracji na dachu, co
też miało swój klimat. Poza tym mieliśmy towarzystwo, bo w pociągu z
Delhi poznaliśmy fajnych ludzi - Fernanda z Argentyny i Silvię z Włoch, z
którymi wspólnie zwiedzilismy potem Jaipur.
Pisząc tę wiadomość jesteśmy świeżo po wycieczce do Taj Mahal.
Niektórzy twierdzą, że miejsce jest przereklamowane. W żadnym wypadku
nie należy im wierzyć! Grobowiec robi na prawdę ogromne wrażenie.
Uderzajaca jest jego symetria, wielkość, bijąca po oczach biel marmuru i
precyzja wykonania. Warto było zapłacić za przewodnika, który zwrócił
nam uwagę na wiele aspektów związanych z historią miejsca i sposobem
jego konstrukcji. Imponujące jest np. to, że wszystkie wzory na zewnątrz
i w środku składają się z różnokolorowych kamieni, które zostały
umieszczone w wyżłobieniach marmurowych bloków, a nie zostały
namalowane. Dowiedzieliśmy się też, że po drugiej stronie rzeki władca
chciał wybudować czarny odpowiednik Taj Mahal, który byłby jego
grobowcem, co ostatecznie nie zostało zrealizowane.
Najważniejsze jest chyba jednak to, że przez te parę dni trochę już
nauczyliśmy się Indii. Minął początkowy szok i teraz już pewniej
przechodzimy przez ulicę, wiemy co warto zamówić na obiad (jemy w bardzo
różnych miejscach i jak dotąd smakuje świetnie i zero problemów
żołądkowych) i jaka cena mango lassi jest w porządku. (Mango lassi to
napój z mango i miejscowego jogurtu-występuje w różnych wersjach
owocowych - pysznosci za ok. 2 zł!) Pociągi też okazały się świetnym
rozwiązaniem. Najtańsza klasa 'sleeper', którą podróżujemy może nie jest
szczytem luksusu, ale pozwala na prawdę wygodnie i w dobrym
towarzystwie dojechac na miejsce. Ludzie są niezwykle goscinni. Częstują
nas swoim jedzeniem, zagadują. Ot np. w tej chwili piszemy z pociągu,
do którego wsiedlismy przez pomyłkę. :) Nasi współpasażerowie, gdy
zorientowalismy się co się stało, zaangażowali wszelkie moce żeby nam
pomóc. Ostatecznie ktoś, mimo naszych protestów, oddał nam swoją koję.
Podobno pociąg jedzie w pobliże Varanasi, do jakiegoś miasta, z którego
możemy wziąć taksówkę. No i zostaliśmy. A już było dramatycznie - prawie
skakalismy z pociągu. :) Śmiechu było co nie miara, zlecialo się pół
pociągu, żeby nas zobaczyć i poopowiadać sobie jakie z nas gapy. :)
Zresztą z taką serdecznością ludzi spotkamy się coraz częściej. Odkąd wyrwalismy się ze szponow naganiaczy w Delhi, trafiamy na przemilych ludzi. Trochę nas tylko peszy ich zachwyt nad naszą europejską urodą. Co chwila ktoś chce sobie z nami zrobić zdjęcie, uścisnąć rękę. Dziś mieliśmy okazję przejechać się tutejszym pksem co przerodziło się w niekonczace się wyrazy wzajemnej sympatii od ustąpienia nam miejsca siedzącego, przez serdeczne uśmiechy i uściski dłoni, po wspólne zdjęcia i słuchanie indyjskiego r&b z jednych sluchawek. Oczywiście na początku wszyscy mieli z nas kupę śmiechu, bo skończyły nam się drobne i za bilet, który kosztował 75 rupii (ok. 3,5 zl) chcieliśmy zapłacić banknotem 1000 rupii. Konduktor ostentacyjnie podniósł banknot do góry i zademonstrował go pasażerom, co wszystkich bardzo rozbawilo. W końcu, gdy zebrano opłatę od wszyskich, jakoś udalo się wydać nam resztę. Bardzo miłe było zachowanie innych pasażerów, którzy kilkakrotnie dopytywali, czy wydano nam resztę i sprawdzali, czy nie zostaliśmy oszukani. Tak więc kochani - jesteśmy w dobrych rękach! :)
Zresztą z taką serdecznością ludzi spotkamy się coraz częściej. Odkąd wyrwalismy się ze szponow naganiaczy w Delhi, trafiamy na przemilych ludzi. Trochę nas tylko peszy ich zachwyt nad naszą europejską urodą. Co chwila ktoś chce sobie z nami zrobić zdjęcie, uścisnąć rękę. Dziś mieliśmy okazję przejechać się tutejszym pksem co przerodziło się w niekonczace się wyrazy wzajemnej sympatii od ustąpienia nam miejsca siedzącego, przez serdeczne uśmiechy i uściski dłoni, po wspólne zdjęcia i słuchanie indyjskiego r&b z jednych sluchawek. Oczywiście na początku wszyscy mieli z nas kupę śmiechu, bo skończyły nam się drobne i za bilet, który kosztował 75 rupii (ok. 3,5 zl) chcieliśmy zapłacić banknotem 1000 rupii. Konduktor ostentacyjnie podniósł banknot do góry i zademonstrował go pasażerom, co wszystkich bardzo rozbawilo. W końcu, gdy zebrano opłatę od wszyskich, jakoś udalo się wydać nam resztę. Bardzo miłe było zachowanie innych pasażerów, którzy kilkakrotnie dopytywali, czy wydano nam resztę i sprawdzali, czy nie zostaliśmy oszukani. Tak więc kochani - jesteśmy w dobrych rękach! :)
p.s. W chwili publikowania tego posta jesteśmy juz w hostelu w
Varanasi - faktycznie udało sie dotrzeć tamtym pociągiem i taksowką. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz